Monthly Archives: Kwiecień 2014

Zako_Twory – coś nowego pod Giewontem

Zwykły wpis

Coraz więcej dzieje się pod Giewontem. Co tym razem?

Tygodnik Podhalański pisze o nowym działaniu w stolicy Tatr – ZAKO_TWORY.

Co to za wydarzenie, czego możemy się spodziewać i po co takie zamieszanie?

10349020_633530493383752_2710364426385357485_n

„Bywając wielokrotnie na targach designu w Krakowie i Warszawie, zapragnęłyśmy zorganizować taką akcję w naszym rodzinnym mieście. I tak nasze zimowe rozmowy zaowocowały Zako_Tworami.

Chcemy promować młodych polskich twórców, a także zaprezentować pracę rodzimych artystów.

Mamy nadzieję, że nasza inicjatywa stanie się cykliczną imprezą – jedyną taką pod Giewontem.”  – piszą na fanpage’u Basia Majcher, Blanka Gluzińska i moja imienniczka Paula Rzankowska, trzy góralki, pomysłodawczynie całej inicjatywy.

10155176_602823023121166_1678450363_n

 Zako_Twory będą jednorazowym wydarzeniem w Zakopanem, czy może przerodzą się w cykl wyczekiwany i odwiedzany przez fanów folkloru co roku?

Myślę, że zadecydują o tym przede wszystkim ludzie, którzy odwiedzą targi dizajnu na Krupówkach. Na miejscu będzie można podziwiać całą masę inspirowanych folklorem dzieł i nie tylko, bo znajdą się tam prace prawie trzydziestu artystów tworzących w dziedzinie grafiki, biżuterii, mody itd. Czyli  od ubrań, poprzez zabawki, ozdoby, aż po rękodzieła z drewna, meble i wiele wiele innych.

Zobaczcie namiastkę tego, co będzie można oglądać podczas tegorocznej, dziewiczej edycji przedsięwzięcia.

10389675_633217086748426_5420925593396619714_n  1982256_614923085244493_7001039156841715524_n

10262172_615457691857699_4559079861606420609_n

10298795_627884713948330_3255599539482786207_n

10325794_628335283903273_8759200770964186518_n

10341770_627885227281612_261767361387393364_n

10344808_629449187125216_3089478481553934463_n

Ideą Zako_Tworów jest  stworzenie przestrzeni dla młodych twórców i zaprezentowanie ich dorobku. Stąd całe zamieszanie – chęć promocji i wsparcia młodych, zdolnych ludzi, a przy okazji wspaniała okazja, by pokazać kulturę i pomysłowość spod samych Tatr.
Jeśli chodzi o promowanie owego wydarzenia, to dziewczyny otworzyły fanpage na facebooku, gdzie wstawiają systematycznie zalążki tego co będzie się działo już 31 maja w Zakopanem.
Odbył się również konkurs, w którym sama brałam udział i udało mi się wygrać uroczą torbę z logo. Gdy tylko trafi w moje ręce – obiecuję wrzucić zdjęcie na bloga.
10155946_619639478106187_1980104772341832589_n
Trzymam kciuki za same organizatorki i za powodzenie targów, których jeszcze na Podhalu nie było, oby to było wydarzenie o którym jeszcze długo będzie głośno. 🙂
69590_602822859787849_1527425139_n
(Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym wpisie pochodzą ze strony https://www.facebook.com/zakotwory )
Reklamy

Góralskie granie w wielkim szołbiznesie

Zwykły wpis

Jak Ślązacy śląską godke, a Kaszubi swoje wiksówki i skorznie, tak górale w sercach mają swoją góralską muzykę. Głośną i skoczną, bogatą w wielobarwność dźwięków, ale nie tylko, bo gdy trzeba to również głęboką, rozpaczliwą, pozbawioną butności i niespokojnego od dawien dawna temperamentu góralskich jegomości.

Kiedyś dudy, piszczałki, gęśle ( rodzaj ludowych skrzypiec ), a teraz?

No właśnie, gdzie aktualnie – pomijając karczmy, festiwale folkloru i niektóre schroniska górskie – możemy posłuchać góralskiej muzyki i przede wszystkim w jakim wydaniu?

Jako pierwszy na szerszą skalę z góralską muzyką do ludzi wyszedł Sebastian Karpiel Bułecka, wraz ze swoim zespołem Zakopower, który wszyscy kojarzą z piosenkami takimi jak „Boso”, czy „Galop”. Tym krokiem zakopiańczyk dodał wiary góralom, w to, że ich muzyka niekonieczne musi być niszowa i że mogą śmiało wychodzić przed swoje rodzinne domy, przed granice małopolski i śpiewać wyraźnie co od dawna noszą w duszy.

Karpiel Bułecka dzielił też piosenkę z Grzegorzem Turnauem, gdzie po osiemdziesięciu sekundach od rozpoczęcia wideo wbija słuchacza w przysłowiowy fotel swoim głosem, rozpoczynając własną partię od słów „Zakopane, czy też może Kraków (…)”.

W ślady brata poszedł niedługo po nim, drugi z trójki rodzeństwa – Stanisław Karpiel Bułecka, który wraz ze swoimi kompanami z Future Folk, pokazuje, że jak sama nazwa zespołu wskazuje, grają muzykę przyszłości. Odnaleźli się w „wielkim świecie” dzięki singlom „Twarda skała” i „Janko”.

 

 

Stare pokolenie górali robi co może, by od małego wychowywać swoje dzieci czy wnuki w duchu tradycji i folkloru. Chyba każdy młody góral, czy góralka należeli kiedyś do ludowego zespołu pieśni i tańca, każdy z nich zna przyśpiewki i ma w szafie góralski strój. Tutaj kłania się powiedzenie, że „czym skorupka za młodu nasiąknie (…)” tego nie straci nigdy. Na co dowodem może być Gooral, co prawda nie zakopiańczyk, a bielszczanin, lecz zakochany w folklorze po uszy. Prekursor muzyki ETHNO ELEKTRO.

Zaczynał między innymi w zespole Psio Crew, gdzie na przykład w numerze „Hajduk” można usłyszeć tekst ludowej śpiewki.

Nieco później Gooral zaczął z pomocą innych górali nagrywać pod własnym pseudonimem i tak powstało znane już na szeroką skalę wśród młodzieży nagranie „Karczmareczka” z krążka Ethno Elektro.

W zdecydowanie innym, niż muzyka elektroniczna stylu, bo nawiązującym bardziej do reggae odnaleźli się Trebunie Tutki. Muzykanci grający kiedyś przede wszystkim muzykę góralską w tradycyjnej wersji, przeszli ewolucję od kapeli ludowej po zespół koncertujący na największych festiwalach muzyki na świecie.

Gdy tej uzdolnionej muzycznie rodzinie spod Białego Dunajca przyszło pracować z Twinkle Brothers pochodzącymi z Jamajki braćmi Normanem i Ralstonem, wspólnie stworzyli wspaniałą, klimatyczną płytę Songs of Glory/Pieśni Chwały przepełnioną po brzegi rytmami regionalnymi w połączeniu z luzem i ciepłem głosów jamajskich braci.

Muzyka niepodważalnie płynie w krwi górali, zupełnie jak płyną wszystkie strumienie po zboczach Tatr i tak już pozostanie – nieistotne czy w wydaniu tradycyjnym, czy coraz nowszym z eksperymentami na okładkach.

Tatrzańśka tęsknota

Zwykły wpis

„Tęsknota – uczucie braku czegoś, lub kogoś istotnego dla danej osoby. Często pojawia się przy tym odczuwanie niepokoju, smutku i zamyślenia.”

Czy encyklopedia wie czym jest tęsknota? Człowiek wie i na szczęście odpuszcza sobie teorię.

Nie słyszałam nigdy, aby ktoś mówił, że lubi tęsknić. Zawsze są to tylko frustracje i narzekanie na skutki uboczne rozpoznanego uczucia.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – dlatego przesiądźmy się.

Gdy brakuje mi ukochanego miejsca, uciekam stąd. Spuszczam powieki, a wyobraźnia zawozi mnie do Zakopanego. Tam, gdzie pachnie miodem. Galopuję po białym pierzu – to jest tęsknota.

fot. podgiewontem

Kocham tęsknić, przypominać sobie nie tak dawną historię górala, który z miłości do kobiety wyemigrował na Śląsk, tak zupełnie inny od Podhala.

Trzy nastolatki, z namiotem i śpiworami na plecach, wsiadły pewnego lipcowego dnia do pociągu, zastanawiając się jeszcze czy jechać nad morze, czy w góry. Wybrały Zakopane i już na dworcu kolejowym zakochały się w przestrzeni, która je otaczała i w klimacie, którego Śląsk mógł temu miejscu, tylko pozazdrościć. Poznały tam przyjaciół, przeżyły niesamowite przygody i tak zaczęła się historia o moich rodzicach.

Moja mama była jedną z tych młodych dziewczyn, które bezgranicznie pokochały Tatry, a później jak się okazało nie tylko je. Na którymś z kolejnych wyjazdów poznała mojego tatę i po czasie zakochali się w sobie, mimo odległości, która ich dzieliła. Tato szalał za swoją kobietą do tego stopnia, że kiedyś zjawił się pod jej domem tylko po to, by ją na chwilę zobaczyć. Później stało się to normą – aż pewnego dnia został na stałe. Tęsknił za swoją małą ojczyzną, bo każdego dnia próbował wzbudzić w mamie chęć życia w Zakopanem, snuł marzenia budowy maleńkiego domku z drewnianych bali. Kiedy tylko nadarzyła się do tego okazja, zabierał swoją ukochaną „do siebie”.

Gdy urodziłam się ja, od najmłodszych lat wpajał mi góralskie mądrości życiowe, uczył gwary i pamiętam jak dziś, że mimo iż zawsze miałam go za twardego górala, za każdym razem płakał, kiedy słyszał: „góralu, czy ci nie żal, odchodzić od stron ojczystych, świerkowych lasów i hal, i tych potoków srebrzystych?”.

Było mu żal – to jasne! W swoich miłościach miał te trzy najważniejsze: nas, góry, konie i z jednej z nich na rzecz innej musiał częściowo zrezygnować. Zrobił to i to spowodowało jego tęsknotę. Jestem mu za to wdzięczna, bo kto wie, czy gdybym miała Zakopane na wyciągnięcie ręki, to potrafiłabym je tak mocno pokochać. Jestem pewna, że tęsknota wzmaga miłość.

De Mono śpiewa „(…) ludzie muszą tęsknić, by noc nie była sama”, a ja śpiewam o mgle w kubku herbaty, bo w niej widzę góry i jestem wtedy radością.

Nie wyklucza to jednak tezy cierpienia. Tęsknię, to znaczy nie ma mnie, nie żyję, a ludzie boją się śmierci. Niektóre religie wyznają wiarę w życie wieczne, aczkolwiek nikt tego nie udowodnił. Umieramy i nie mamy już wpływu na życie toczące się na kuli ziemskiej.

Gdy nie żyję, to też tęsknię?

Kilkanaście lat temu, kiedy byłam mała, po góralskim domu dziadków niosła się melodia ze zdartej już wtedy kasety, a babcia nuciła pod nosem słowa o tym, że „(…)kto umie tęsknić, ma bogatsze sny(…)”. Dlatego codziennie prosiłam Boga, by pozwolił mi za czymś bardzo mocno tęsknić. Nie pluję sobie w brodę, bo chyba jestem szczęśliwa. Mimo że tym, czego najbardziej pragnę jest miejsce, które wtedy wydawało mi się, że miałam na wyłączność. Ale „treścią mojej duszy jest tęsknota”, jak mawiał Kazimierz Przerwa-Tetmajer i trudno byłoby bez niej żyć.

Do niedawna nie wiedziałam, że przychodzi kiedyś coś gorszego, nie wiedziałam, że istnieje wyższy poziom tęsknoty, ten niezdefiniowany.

Gdy tęsknię włączam góralską muzykę, zasłaniam żaluzje, wyciągam z szafy sweter w regionalne wzory, do którego tulę się i na jak najdłużej wyruszam w pozawerbalną podróż w góry.

Są dni, gdy to nie pomaga, lecz zawsze byłam pewna, że szczytem mojego utęsknienia jest dwuminutowe pakowanie walizki, opróżnienie skarbonki (tej na „czarną godzinę”) i bieg w stronę dworca, bez sprawdzenia godziny odjazdu pożądanego PKS’u.

Bez względu na konsekwencję, na szkołę, czy zakazy bliskich – „poproszę bilet ulgowy do Zakopca”.

Gdy muszę, już nie ma na to rady. I wtedy jest mój czas, moje wędrówki, głębokie oddechy, kwaśnica i przemyślenia.

Wracam gdy się uspokoję, odpocznę,  lub po prostu, kiedy skończą się fundusze.

O ile z tęsknotą można żyć, można się przyzwyczaić, nawet odrobinę polubić tą spontaniczność, to uczucie, które aktualnie poznaje jest nie do zniesienia. Siedzę w domu jak w pudełku, którego wcale nie mam ochoty opuścić.

Siedzę. Siedzę i chyba nawet nie myślę,  nie funkcjonuję.

W mojej głowie mozolnym tempem przesuwają się slajdy złapanych kliszą źrenicy cudownych miejsc i chwil zbieranych do sakiewki wspomnień przez cały rok. Resztę czasu zabierają mi;  kamera online Zakopane, teledyski Goorala, Zakopower, Siklawy, wiersze Tetmajera, Tischnera i ścieranie kurzu ze starych zakopiańskich fotografii.

Trudno się od tego uwolnić, trudno to nawet nazwać. Nie można mówić „depresja”, trzeba nazwać to uczucie miłością, prawdziwą i nieśmiertelną. Należy wskrzeszać nadzieję, dać sobie czas.

Mam nadzieję, że moja recepta jest skuteczna, iż jeszcze będę się cieszyła, że było mi tak źle, bo to spotęguje moją radość, kiedy moim oczom ukaże się czarny napis na tablicy o zielonym tle, poczuję wiatr prosto z ust Boga i usłyszę pierwsze góralskie słowo „witojcie”.

Kawa w Chochołowskiej

Zwykły wpis

Podhale ma to do siebie, że zachwyca nie tylko majestatem szczytów – pośród wielu jest tam jeszcze miejsce, takie jak Polana Chochołowska.

DSC_1851

Wydawać by się mogło, że należy podziwiać tam panoramę, mrożące dłonie potoki i drewniane chaty o bacowskim klimacie – nic bardziej mylnego.

 

Gdy wiosna daje o sobie znać w kalendarzu, Chochołowską zalewa ocean krokusów. Oaza fioletowych rodzin pod stopami Tatr często zwycięża nawet nie tak lekką pierzynę pozostałości po zimie.

 

Krokusami kieruje obietnica corocznej obecności, natomiast co kieruje turystami uzbrojonymi po zęby w fotograficzny sprzęt? Czyżby pragnienie zatrzymania liliowej magii na dłużej niż kilka tygodni w swoich domach, myślach, kliszach?

 

DSC_1864 DSC_1862DSC_1861 DSC_1844 DSC_1884

 

Ja również, ( mimo iż nie po raz pierwszy) wybrałam się z aparatem do dzielnicy fioletowych kwiatów, by sprawdzić czy słusznie nadal warto.

 

Cisza na Zakopiance wpędziła mnie w lekki niepokój „czy to aby na pewno możliwe, żeby w sobotę, pod koniec marca ta droga nie zwiastowała rzeszy krokusowych fotoreporterów?”.

 

Wszelkie obawy zostały rozwiane w Poroninie, który powolnym tempem minęliśmy, by przywitać Tatry.

 

Po tym jak uśmiechem pozdrowiłam góry, w towarzystwie Krzyśka, niedoszłego studenta łódzkiej filmówki, a jednocześnie świetnego fotografa i dobrego kumpla, ruszyłam w stronę Polany Chochołowskiej.

Przy wejściu do Tatrzańskiego Parku Narodowego, zanim dane nam było dostrzec choć jednego krokusa, musieliśmy zmierzyć się z przygnębiającą pamiątką po ostatnim halnym.

 

Drzewa rozrzucone jak zapałki wprawiały w przerażenie i nie zapowiadały tego, czym mogliśmy się cieszyć po godzinie wędrówki w stronę Doliny Chochołowskiej.

 

Kilka minut przed Polaną zboczyliśmy z trasy, którą przetaczały się hordy turystów, i zatrzymaliśmy się na niewielkim wzniesieniu niemal w całości spowitym fioletowymi symbolami wiosny. Mogliśmy wreszcie rozłożyć sprzęt i zrealizować cel naszej jednodniowej podróży z Katowic.

 

Krzysiek, oprócz tego, że prowadzi codzienną audycję 8gatek (facebook.com/8gatek ), postanowił stworzyć cykl filmów 8kawek, których każdy odcinek nagrywany jest w innym miejscu w Polsce, a w nich możemy nauczyć się robić różne rodzaje kawy. Tym razem padło na latte macchiato wśród podhalańskich krokusów.

 

Kawa w takim miejscu smakuje zupełnie inaczej, czas też nie płynie standardowym tempem. Wszystko zwalnia, jesteś Ty, dużo słońca i wspaniała kawa ukoronowana spienionym mlekiem. Uważam, że w drodze do schroniska na sławnej Chochołowskiej nie mogła mi się trafić lepsza przygoda niż ta z chwilą rozkoszowania się kawą wśród fioletowych widoków.

 

DSC_1817 DSC_1840

 

To niesamowite, że od nasączonej deszczem ziemi przemakają Ci kolana, łokcie, buty, a Ty przestajesz molestować spust migawki nie ze względu na dyskomfort, ale wtedy, gdy chcesz znów na chwilę zaczerpnąć powietrza oczyszczonego z trudów codzienności.

 

Krokusy to nie kwiaty, są uprzedmiotowieniem ulgi. Nie zarumienią się nawet, gdy opowiesz im frasobliwą historię swojego życia. W fiolecie swoich głów zostaną powiernikami czego tylko zechcesz, z czymkolwiek do nich przyjeżdżasz.

 

DSC_1810

 

Nie chodzi o to, by ufać, że te kwiaty mogą zmienić jakiś sens, czy zaplanowany dawno scenariusz. Sęk w tym, żeby nauczyć się chwalić chwile, brać je pełnymi płucami. Nie odwzorowywać bez refleksji wystrojonej polany, lecz zaprzyjaźnić się z tym, co oferuje nam ta górska dolina – oderwanie się od codzienności, niewytłumaczalną moc naprawczą, regeneracyjną, czy przysięgę przechowania trudnych decyzji na odpowiedni czas, gdy nabierzemy odwagi.

 

Więc czy warto wyjść na spotkanie z krokusami? Odpowiadasz sobie.