Category Archives: KRÓTKIE MYŚLI

Powroty na szlak

Zwykły wpis

Cześć,

dajmy sobie po razie i zacznijmy od nowa!

Ile razy można wracać?

Dwatysiącepiętnasty zaczął się dla mnie jak każdy, ze względu na osobiste porachunki ze styczniem. Ten miesiąc co roku wywołuje u mnie dreszcze, przywołuje wspomnienia zimniejsze niż sople zwisające głowami w dół z przyozdobionych puchowymi czapami budynków. Dwatysiącepiętnasty zaczął się dla mnie jak liceum – nowi ludzie, kilka przerw, jakiś sprawdzian i bach matura. Tym razem to samo. Dopiero co odetchnęłam z ulgą, że zaczyna się luty, a tu już majówka, co oznacza, że niedługo półmetek. Kilkadziesiąt dni dzieli mnie od zaczkończenia pierwszej połowy roku Witkiewiczów, a ja od listopada nie byłam u siebie. Ciekawe czy mogę jeszcze wrócić w Tatry? Ciekawe czy umiem znowu wrócić do pisania?

Fioletowe dywany z dołu mapy

Pomyślałam, że nie ma na co czekać, że krok naprzód zrobię tylko po oscypku i zaczepkach halnego. Cóż, tankuje do pełna bak, walizkę i może kumpel Giewont zalśni zbroją tak, że oślepi moje oczy, a natchnie pióro. Nie tym razem. Niestety z ratunkiem może przyjść do mnie tylko rodzicielka kładąc przy łóżku oszukane „góralskie” ciasteczka i herbate, zupełnie bez prądu. Moje miejsce w kolejce do Zakopanego zajmują bowiem roztrąbieni wśród świerków przy Zakopiance, amatorzy Doliny Chochołowskiej wiosenną porą. Przecież urodzaj krokusów co roku zwabia niewinnych deptaczy tego fioletowego dzwoneczka pod ochroną w tatrzańskie progi. Skutecznie odciągając mnie stamtąd.

Zaczekam

Chociaż moja ukochana, leżąca u stóp cudownych szczytów kraina rzadko bywa opustoszała, to wolę przeboleć w mieście murów i czerwonej cegły jeszcze kilka dni, by nie przepychać się przez tłumy turystów, by zajrzeć Tatrom w oczy. Posiedzę jeszcze chwilę w dolinach i spróbuję nakręcić się jak kukułkę, trzy obroty w prawo, kilka zdjęć, zakurzone podhalańskie książki, obrót w lewo, przypomną się zapachy i skały pod grubą podeszwą.

Zakukam jak o dwunastej poczuje ciarki na plecach, że to już moment, w którym zaczęły pulsować góralskie krwinki.

Reklamy

Co przeważyło szale – pół Europy, czy Podhale?

Zwykły wpis

Kiedyś napisałam, że moje nogi nie pójdą dalej niż Podhale, czy się myliłam?

Odważna decyzja dźwignią do wielu uśmiechów.

10526096_781209515235021_5454085045568119799_n

Poznajcie Kamila. Jest to człowiek, który poza tym, że głośno chrapie i zalewa oceanem ketchupu każdy posiłek, posiada wspaniałą moc doprowadzania planów do skutku. Jednocześnie Kamil jest moim znajomym z uczelni. Nie ukrywam, że rozmawialiśmy niewiele do czasu, gdy podczas trwającej – jak się wtedy wydawało – całą wieczność i doprowadzającej tym samym do spustoszenia energetycznego organizmów LETNIEJ SESJI EGZAMINACYJNEJ, dostałam od Kamila propozycję podróży. Spowodowało to, że w tamtym czasie oderwałam się nieco od nauki i ciągłego oczekiwania na wyniki egzaminów. Co wyszło mi na dobre. Propozycja dotyczyła jednak niecodziennej podróży. O takich podróżach dotychczas słyszałam tylko od znajomych, których bardzo podziwiałam i przyznam, że odrobinę zazdrościłam im odwagi i samozaparcia w przemierzaniu kolejnych tysięcy kilometrów. Mam na myśli podróżowanie autostopem. Coś, co już zdarzyło się kiedyś w moim życiu, lecz dotyczyło niespełna czterystu kilometrów, włącznie z powrotem. Wybrałam się wtedy z dwoma kolegami, jak na mnie przystało – do stolicy Tatr. Tym razem miało być inaczej. „Góralka w Europie” – pomyślałam i natychmiast się zgodziłam. Co dziś uważam za szalone, bo zarówno moje jak i Kamila doświadczenie w autostopowaniu było znikome, jak również nie znaliśmy się dobrze, co mogłoby świadczyć o tym, że nie powinniśmy razem pakować się w przygodę, która chcąc, czy nie chcąc sprawia, że będziemy nieustannie spędzać razem całe doby.

Kamil wysłał mi mapkę z planem podróży i powiedział, że własnie to chciałby zobaczyć. Zapytał też co myślę na ten temat i czy rzucam się na głęboką wodę razem z nim. Nie poznaje siebie, gdy przypominam sobie, że bez zastanowienia odpowiedziałam, iż w tej kwestii może na mnie liczyć. Plan podróży skorygowaliśmy jeszcze kilka razy, żeby w rezultacie stworzyć go od nowa i tym sposobem zaraz po pozytywnym zakończeniu sesji egzaminacyjnej ustaliliśmy, że dajemy sobie chwilę wytchnienia, a w poniedziałek ruszamy.

Siódmego lipca, a tym samym pierwszego dnia naszej wycieczki przemierzyłam już trzy kraje; Czechy, Słowację i Węgry.

Przełom, czyli nieważne kiedy rozpocznie się podróż, ważne aby zaczęła się w nas.

10492512_781209578568348_135753488346737634_n

Chociaż wiedziałam już wtedy, że nie pozwolę sobie na odwrót, że nie powiem „wracam do domu”, to czułam, że ta nasza pierwsza prawdziwa autostopowa podróż rozpoczęła się nie we mnie, a obok mnie. Gdzieś między cenami roamingu, zaskoczeniem znajomych, załatwianiem ubezpieczenia i negocjacjami z własną rodzicielką zapomniałam, że te przygotowania, które swoją drogą dawały mi wielką frajdę, naprawdę wprowadzą w rzeczywistość nasze nie do końca rozważne plany. Martwiłam się przez chwilę czy damy radę, czy ja dam radę. I wtedy wjechaliśmy do Budapesztu… To miasto zrobiło na mnie wrażenie. Po ciągłym oglądaniu jedynie rejestracji samochodowych i stacji benzynowych nagle przeszłam przez zapierający dech w piersiach most łańcuchowy i poczułam monumentalność tego miasta. Poczułam, że jestem nie tyle w stolicy Węgier, co w stolicy gulaszu i skuterów Vespa, stolicy wspaniałych budynków z historią i języka, którego nie potrafiłam rozszyfrować w żadnym calu.

Nie będę opisywała każdego miasta, które widzieliśmy, nie będę nawet opisywała Rijeki, która częstowała mnie swoją magią przez cztery dni. Piszę o Budapeszcie, bo był przełomem tej historii, był miejscem w którym uwierzyłam, że moje marzenie dzieje się naprawdę. W Budapeszcie coś we mnie stwierdziło „czas start” i stało się. Łącznie czternaście niesamowitych dni, z których każdy trwał długo niczym miesiąc i niósł za sobą kilogramy wspomnień, które noszę w głowie. Jestem przekonana, że te wszystkie miasta, w których postawiliśmy swoje obciążone obszernością plecaków stopy, wyglądają zupełnie inaczej i niekoniecznie lepiej, gdy odwiedza się je własnym samochodem ze świadomością, że wieczorem zje się kolację i położy się do łóżka. My swój dom nosiliśmy na plecach i wyjątkowe było to, że codziennie sami mogliśmy decydować gdzie na tę noc zamieszkamy, gdzie obudzimy się rano, by spowrotem zabezpieczyć swój dobytek na plecach i ruszać przed siebie poznawać to, co już przygotował dla nas los. Choć brzmi to wyniośle, nie są to puste frazesy, na co potwierdzeniem mogą być ludzie, których spotykaliśmy, zwroty akcji i zmiany planów, których doświadczaliśmy, chwile i widoki, dzięki którym stawaliśmy jak wryci i milczeliśmy, bo nie było słów, które odpowiadałyby tym momentom.

Kryzysy są po to by uczyć nas wytrwalości i dodawać sił.

10514705_781209168568389_6337164983880457994_n

Każdego dnia, gdy wstawałam rano, niezależnie od tego czy z łóżka, karimaty, materaca, czy z koca rozłożonego nad jeziorem, nieistotne czy przed moim towarzyszem podróży, czy jako druga – za każdym razem miałam poczucie, że ten dzień da mi tyle ile ja dam jemu. Jeżeli będę się starała, nie będę marudziła i częstując ludzi uśmiechem wystawię znowu kciuka, to dzień odwzajemni mi się pozytywnymi kierowcami, nowym zachwycającym miastem, czy zwyczajnie porządnym obiadem. Z tą myślą polemizowałam w duszy, gdy przyszło nam czekać na podwózkę w fatalnym miejscu, lub nieprzyjemnej pogodzie. Myślałam wtedy, że jestem zmęczona, nie mam już ochoty na wzajemne uprzejmości z kierowcami i zwyczajnie chcę odpocząć w cywilizowanych warunkach. Właśnie w tych momentach włączał się mój zakopiański temperament i ganiłam samą siebie. Przypominałam sobie dobitnie, że przecież daje radę, że sprawnie rozkładam namiot, nawet nocą, w jednej ręcę trzymając latarkę, że przecież radzę sobie ze wszystkim co przynosi czas, i w końcu, że przecież jedyna droga która mnie czeka, to ta przed siebie, do celu. Żadna inna. Muszę trzymać fason, bo obiecałam to sobie i mam zbyt duży honor, by zawrócić. Dzięki temu dawałam radę z paskudnym humorem. Mało tego, po każdej podobnej chwili zwątpienia było mi wstyd, gdy ktoś kto w rezultacie zabierał nas z nieszczęsnego miejsca był naszą „złotą strzałą”. Tak nazywaliśmy wtedy osoby, które podwoziły nas dokładnie w to miejsce na którym nam zależało, lub takie z którymi przebywaliśmy długą trasę.

Czy autostop ma jakiekolwiek zasady? Każdy swoje!

 

Tym sposobem wyklarowaliśmy trzy subiektywne zasady naszego autostopu. Pierwsza mówi o tym, że gdziekolwiek byśmy stali, nawet jeśli jest to droga jednokierunkowa, prowadząca w odwrotną strone niż byśmy sobie tego życzyli, to zawsze znajdzie się ktoś, kto zabierze nas w lepsze miejsce. Druga zasada dotyczy tego, że gdy długo czekamy w jakimś miejscu, a czasami jakby tego było mało pogoda daje się we znaki upałem, lub bezlitosną ulewą, to z tego niepowodzenia „uratuje” nas na pewno kobieta. Tak, właśnie kobiety były tymi, które przyjeżdżały swoimi osobówkami w czasie największego załamania, gdy wszystko wydawało się nie iść po naszej myśli. Wtedy to one zabierały nas do państwa ku któremu zmierzaliśmy, do miejsca w którym idealnie łapało się kolejnych kierowców, czy nawet podwoziły nas pod same drzwi gospodarzy, którzy zgodzili się nas przenocować. Jeśli chodzi o trzecią zasadę, jest ona najważniejsza i niepodważalna jeśli chodzi o trasę, którą przebyliśmy – nie ważne jak jest źle, pamiętaj, ZAWSZE może być gorzej. Nie brzmi to zbyt optymistycznie, choć powinno, bo nie ważne gdzie byliśmy, za każdym razem udawało nam się wyjść z potrzasku obronną ręką i to sprawiało, że nasze szczęście wzrastało za każdym razem coraz mocniej i mocniej.

Co wybierasz góralko?

Czego spróbowałam, co zobaczyłam i poznałam – to moje. Lecz jaki świat piękny i szeroki, taka wielka byłaby moja tęsknota za podhalańskim folklorem, gdybym w którymś z tych zachwycających miejsc postanowiła zostać na dłużej. Jeśli miałabym wymienić za czym tęskniłabym najbardziej, nie miałabym pojęcia od czego zacząć. Tak już chyba po prostu jest, że ludzie rodzą się fanatykami któregoś z regionów i cokolwiek by ich zauroczyło, nie zrezygnują ze swojego mentalnego domu. W moim przypadku przeprowadzka z tego domu jest nierealna, bo jeśli ktoś wychowywał się w Tatrach, zakochał się w górach i ma wygrawerowane w duszy miasto na wielką literę Z, to niezależnie od tego jak zasmakują mu dobre plony, które oferuje świat, zawsze będzie wracał w to samo miejsce. Jedyne słuszne miejsce. Do siebie.

10423626_781208641901775_3318336347130363138_n 10574410_781209411901698_8824162286599156181_n

Szczerze polecam autostop, bo jest odpowiedzią na to co pokazują nam media, jest również zaprzeczeniem kwestii, że człowiek jest głównie zły i skłonny do okropnych poczynań . Autostop sprawia, że spotykamy osoby tak pomocne i sympatyczne, że nie możemy nadziwić się urokiem jaki ma w sobie spotkanie kogoś obcego, kto ofiaruje nam niebywały kapitał na przyszłość w zamian nie oczekując zupełnie nic. Kapitał, składający się z prawd życiowych, natchnienia do działania, czy zwyczajnie pozytywnej aury na resztę czasu spędzonego w podróży. Warto przekraczać swoje granice, warto przełamywać swoje lęki. Warto też zaznać morza, gdy kochamy szczyty, czy spróbować gulaszu, kiedy przepadamy za kwaśnicą. Rozsądne ryzyko się opłaca – piszę to na własną odpowiedzialność, bo nauczyłam się podczas tego wyjazdu wiele, a przede wszystkim poznałam siebie.

10484273_781209061901733_2184101294226573528_n

Wybieram Podhale nie rezygnując ze świata.

Kawa pod tatrzańskim niebem

Zwykły wpis

Czy w Zakopanem da się odpocząć, zregenerować umysł i siły fizyczne nie zakładając górskich butów i nie wychodząc z plecakiem na szlak? Tak!

W dodatku nie trzeba nawet opuszczać ścisłego centrum miasta, ponieważ przysłowiowe dwa kroki od krupówkowego deptaka, możemy zachwycać się wspaniałą panoramą, wygrzewając się jednocześnie na leżakach niemal pod samym podhalańskim niebem. Gdzie? W miejscu, w którym doznamy wyjątkowych chwil dzięki rozkosznej kawie przygotowywanej z pasją.

P_20140420_160517 P_20140420_161503

Odkryłam to miejsce już dawno i jak to bywa w najlepszych historiach – zupełnie przez przypadek. : )

Cafe Tygodnik Podhalański – miejsce, gdzie w upalny dzień uśmiechnięta obsługa uraczy nas kawą mrożoną z lodami waniliowymi, lub kolorowym coctailem, a w deszczowe popołudnie dostaniemy na gorąco co tylko nam się zamarzy – sypaną herbatę, czekoladę z miętą, bądź innym syropem i wiele innych smaków zachwycających podniebienie.

Do dyspozycji gości są leżaki i koce, oraz stworzony specjalnie dla dzieci pokój z zabawkami. W dodatku we wnętrzu lokalu można podziwiać najciekawsze kadry reporterów Tygodnika Podhalańskiego.

IMG_20140420_174758 P_20140420_161511

 

Z tarasu ostatniego piętra domu handlowego Granit znajdującego się przy ulicy Kościuszki 3 rozpościera się widok na Tatry, który możemy stamtąd podziwiać odpoczywając w towarzystwie, bądź samotnie z ulubioną gazetą, czy otuleni kocem, oddając się na chwilę relaksacyjnym melodiom z kawiarnianych głośników.

a 10155599_718590874860005_6663277937698790395_n

 

 

Jeśli jeszcze tam nie byliście czas to zmienić, bo to jedno z tych miejsc, które trzeba umieścić w swoim planie odwiedzin tatrzańskiej stolicy. Nie ma tutaj tłumów, więc słychać własne myśli, a przy okazji stają się one jakby spokojniejsze i bardziej przejrzyste. To miejsce daje inspirację i dobry humor na każdy nowy dzień.

AD. Ostatnie zdjęcie pochodzi z fanpage CTP

Góralska układanka

Zwykły wpis

Ten wpis będzie jednym z  prywatnych, z tych które wrzuca się w kategorię „o mnie”, jeśli posiada się ją na swoim blogu. Ja takiej zakładki nie potrzebuję, bo to internetowe miejsce w całej swojej okazałości opowiada moją historię. Zbitą z drewnianych desek opowieść o tym co kiedyś się we mnie zaczęło i trwa.

CAM01329

Podobno nic nie jest na zawsze.

Ludzie robią sobie tatuaże z różnych przyczyn, gdy coś szalenie ważnego wydarzy się w ich życiu, gdy na ich drodze stanie właśnie TA wyjątkowa osoba, gdy przeżyją coś niepowtarzalnego, gdy pragną mieć na skórze symbol swoich marzeń, bądź po prostu z estetycznej potrzeby ozdobienia swojego ciała. Przyczyn jest ogrom i można by je wymieniać całymi dniami, przyglądając się indywidualnie każdej plamce tuszu wpuszczonej w czyjeś życie „na zawsze”.

No właśnie, na zawsze. Przez to krótkie słowo tak długo analizowałam swoją decyzję, zastanawiałam się co musiałoby się stać, żebym kiedyś zaczęła żałować tego co miałam zamiar zrobić. Dopiero gdy odpowiedziałam sobie na to pytanie, dopiero gdy dotarły do mnie te trzy litery postanowiłam działać. Nic.

Nic nie było i nie jest w stanie sprawić, żebym spojrzała na swoje lewe przedramię i pomyślała „cholera, jak się tego pozbyć?”

Parzenica.

Zanim zdradzę Wam jaki wzór wybrałam, musicie dowiedzieć się nieco o parzenicy. Parzenica, to charakterystyczny dla góralskiego zdobnictwa wzór, nieodłączny element ozdobny góralskiego stroju (mowa tu o męskich portkach!)

close_up_of_parzenice_161

Parzenica nie bez przyczyny widnieje od dawna na góralskich spodniach, początkowo stosowana była dla wzmocnienia materiału w miejscach szczególnie narażonych na wzmożone przecieranie. A teraz?

Aktualnie jest głównym charakterystycznym elementem nawet na damskich i nowoczesnych ubraniach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ta fikuśna ozdoba spod Tatr została też wyróżniona poprzez umieszczenie jej w logotypie Krakowa zgłaszającego się do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku.

K22_konsultacje_1

 Do dzieła.

Gdy już byłam pewna, że nie zrezygnuję, gdy przeglądnęłam już wszystkie poradniki, by dowiedzieć się co zrobić, by nie umrzeć z bólu podczas tatuowania – poprosiłam mojego uzdolnionego plastycznie znajomego, współpracującego ze studiem tatuażu w naszym mieście o projekt. Zrobił o co prosiłam i tym sposobem dostałam trzy rodzaje parzenic, gotowe by wybrać z nich jedną i rzucić ją na skórę.

parzenica 3 parzenica 1

 

Jednym z moich najważniejszych wymagań była prostota rysunku, ponieważ miał to być dla mnie symbol. Nie zależało mi na dużej, barwnej grafice, która rzucałaby się w oczy. Chodziło o niewielki fragment mojej góralskiej układanki, tym razem na własnym ciele. Gdy już wszystko było gotowe, wybrałam studio, umówiłam się na konsultacje i wyznaczyliśmy wspólnie z tatuażystą termin. Okazało się, że nie było tak źle.

 

Pht.2528IMG_20140328_161721

Góry zawsze były ze mną i przy mnie, nauczyły mnie wytrwałości i pokory, nauczyły mnie, że aby coś mieć – trzeba po to iść, nikt nam tego nie przyniesie, a tym bardziej samo nie przyjdzie. Chociaż nie jestem zatwardziałym piechurem, chociaż nie zdobyłam jeszcze najwyższego szczytu w Tatrach, to powtarzam każdemu kto pyta po co mi ta parzenica, że wyznacza mi cel, przypomina kluczowe momenty w życiu i jest swojego rodzaju ukłonem dla mojego góralskiego Ojca, który dał mi pochodzenie, rozkochał w Podhalu i dał wiarę w to, że mogę tam kiedyś wrócić na zawsze.

 

Tak samo jak w Tatrach, zakochałam się w kilku ciemnych zawijasach na swojej lewej ręce, zupełnie od serca.

 

Tatrzańśka tęsknota

Zwykły wpis

„Tęsknota – uczucie braku czegoś, lub kogoś istotnego dla danej osoby. Często pojawia się przy tym odczuwanie niepokoju, smutku i zamyślenia.”

Czy encyklopedia wie czym jest tęsknota? Człowiek wie i na szczęście odpuszcza sobie teorię.

Nie słyszałam nigdy, aby ktoś mówił, że lubi tęsknić. Zawsze są to tylko frustracje i narzekanie na skutki uboczne rozpoznanego uczucia.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – dlatego przesiądźmy się.

Gdy brakuje mi ukochanego miejsca, uciekam stąd. Spuszczam powieki, a wyobraźnia zawozi mnie do Zakopanego. Tam, gdzie pachnie miodem. Galopuję po białym pierzu – to jest tęsknota.

fot. podgiewontem

Kocham tęsknić, przypominać sobie nie tak dawną historię górala, który z miłości do kobiety wyemigrował na Śląsk, tak zupełnie inny od Podhala.

Trzy nastolatki, z namiotem i śpiworami na plecach, wsiadły pewnego lipcowego dnia do pociągu, zastanawiając się jeszcze czy jechać nad morze, czy w góry. Wybrały Zakopane i już na dworcu kolejowym zakochały się w przestrzeni, która je otaczała i w klimacie, którego Śląsk mógł temu miejscu, tylko pozazdrościć. Poznały tam przyjaciół, przeżyły niesamowite przygody i tak zaczęła się historia o moich rodzicach.

Moja mama była jedną z tych młodych dziewczyn, które bezgranicznie pokochały Tatry, a później jak się okazało nie tylko je. Na którymś z kolejnych wyjazdów poznała mojego tatę i po czasie zakochali się w sobie, mimo odległości, która ich dzieliła. Tato szalał za swoją kobietą do tego stopnia, że kiedyś zjawił się pod jej domem tylko po to, by ją na chwilę zobaczyć. Później stało się to normą – aż pewnego dnia został na stałe. Tęsknił za swoją małą ojczyzną, bo każdego dnia próbował wzbudzić w mamie chęć życia w Zakopanem, snuł marzenia budowy maleńkiego domku z drewnianych bali. Kiedy tylko nadarzyła się do tego okazja, zabierał swoją ukochaną „do siebie”.

Gdy urodziłam się ja, od najmłodszych lat wpajał mi góralskie mądrości życiowe, uczył gwary i pamiętam jak dziś, że mimo iż zawsze miałam go za twardego górala, za każdym razem płakał, kiedy słyszał: „góralu, czy ci nie żal, odchodzić od stron ojczystych, świerkowych lasów i hal, i tych potoków srebrzystych?”.

Było mu żal – to jasne! W swoich miłościach miał te trzy najważniejsze: nas, góry, konie i z jednej z nich na rzecz innej musiał częściowo zrezygnować. Zrobił to i to spowodowało jego tęsknotę. Jestem mu za to wdzięczna, bo kto wie, czy gdybym miała Zakopane na wyciągnięcie ręki, to potrafiłabym je tak mocno pokochać. Jestem pewna, że tęsknota wzmaga miłość.

De Mono śpiewa „(…) ludzie muszą tęsknić, by noc nie była sama”, a ja śpiewam o mgle w kubku herbaty, bo w niej widzę góry i jestem wtedy radością.

Nie wyklucza to jednak tezy cierpienia. Tęsknię, to znaczy nie ma mnie, nie żyję, a ludzie boją się śmierci. Niektóre religie wyznają wiarę w życie wieczne, aczkolwiek nikt tego nie udowodnił. Umieramy i nie mamy już wpływu na życie toczące się na kuli ziemskiej.

Gdy nie żyję, to też tęsknię?

Kilkanaście lat temu, kiedy byłam mała, po góralskim domu dziadków niosła się melodia ze zdartej już wtedy kasety, a babcia nuciła pod nosem słowa o tym, że „(…)kto umie tęsknić, ma bogatsze sny(…)”. Dlatego codziennie prosiłam Boga, by pozwolił mi za czymś bardzo mocno tęsknić. Nie pluję sobie w brodę, bo chyba jestem szczęśliwa. Mimo że tym, czego najbardziej pragnę jest miejsce, które wtedy wydawało mi się, że miałam na wyłączność. Ale „treścią mojej duszy jest tęsknota”, jak mawiał Kazimierz Przerwa-Tetmajer i trudno byłoby bez niej żyć.

Do niedawna nie wiedziałam, że przychodzi kiedyś coś gorszego, nie wiedziałam, że istnieje wyższy poziom tęsknoty, ten niezdefiniowany.

Gdy tęsknię włączam góralską muzykę, zasłaniam żaluzje, wyciągam z szafy sweter w regionalne wzory, do którego tulę się i na jak najdłużej wyruszam w pozawerbalną podróż w góry.

Są dni, gdy to nie pomaga, lecz zawsze byłam pewna, że szczytem mojego utęsknienia jest dwuminutowe pakowanie walizki, opróżnienie skarbonki (tej na „czarną godzinę”) i bieg w stronę dworca, bez sprawdzenia godziny odjazdu pożądanego PKS’u.

Bez względu na konsekwencję, na szkołę, czy zakazy bliskich – „poproszę bilet ulgowy do Zakopca”.

Gdy muszę, już nie ma na to rady. I wtedy jest mój czas, moje wędrówki, głębokie oddechy, kwaśnica i przemyślenia.

Wracam gdy się uspokoję, odpocznę,  lub po prostu, kiedy skończą się fundusze.

O ile z tęsknotą można żyć, można się przyzwyczaić, nawet odrobinę polubić tą spontaniczność, to uczucie, które aktualnie poznaje jest nie do zniesienia. Siedzę w domu jak w pudełku, którego wcale nie mam ochoty opuścić.

Siedzę. Siedzę i chyba nawet nie myślę,  nie funkcjonuję.

W mojej głowie mozolnym tempem przesuwają się slajdy złapanych kliszą źrenicy cudownych miejsc i chwil zbieranych do sakiewki wspomnień przez cały rok. Resztę czasu zabierają mi;  kamera online Zakopane, teledyski Goorala, Zakopower, Siklawy, wiersze Tetmajera, Tischnera i ścieranie kurzu ze starych zakopiańskich fotografii.

Trudno się od tego uwolnić, trudno to nawet nazwać. Nie można mówić „depresja”, trzeba nazwać to uczucie miłością, prawdziwą i nieśmiertelną. Należy wskrzeszać nadzieję, dać sobie czas.

Mam nadzieję, że moja recepta jest skuteczna, iż jeszcze będę się cieszyła, że było mi tak źle, bo to spotęguje moją radość, kiedy moim oczom ukaże się czarny napis na tablicy o zielonym tle, poczuję wiatr prosto z ust Boga i usłyszę pierwsze góralskie słowo „witojcie”.

Kawa w Chochołowskiej

Zwykły wpis

Podhale ma to do siebie, że zachwyca nie tylko majestatem szczytów – pośród wielu jest tam jeszcze miejsce, takie jak Polana Chochołowska.

DSC_1851

Wydawać by się mogło, że należy podziwiać tam panoramę, mrożące dłonie potoki i drewniane chaty o bacowskim klimacie – nic bardziej mylnego.

 

Gdy wiosna daje o sobie znać w kalendarzu, Chochołowską zalewa ocean krokusów. Oaza fioletowych rodzin pod stopami Tatr często zwycięża nawet nie tak lekką pierzynę pozostałości po zimie.

 

Krokusami kieruje obietnica corocznej obecności, natomiast co kieruje turystami uzbrojonymi po zęby w fotograficzny sprzęt? Czyżby pragnienie zatrzymania liliowej magii na dłużej niż kilka tygodni w swoich domach, myślach, kliszach?

 

DSC_1864 DSC_1862DSC_1861 DSC_1844 DSC_1884

 

Ja również, ( mimo iż nie po raz pierwszy) wybrałam się z aparatem do dzielnicy fioletowych kwiatów, by sprawdzić czy słusznie nadal warto.

 

Cisza na Zakopiance wpędziła mnie w lekki niepokój „czy to aby na pewno możliwe, żeby w sobotę, pod koniec marca ta droga nie zwiastowała rzeszy krokusowych fotoreporterów?”.

 

Wszelkie obawy zostały rozwiane w Poroninie, który powolnym tempem minęliśmy, by przywitać Tatry.

 

Po tym jak uśmiechem pozdrowiłam góry, w towarzystwie Krzyśka, niedoszłego studenta łódzkiej filmówki, a jednocześnie świetnego fotografa i dobrego kumpla, ruszyłam w stronę Polany Chochołowskiej.

Przy wejściu do Tatrzańskiego Parku Narodowego, zanim dane nam było dostrzec choć jednego krokusa, musieliśmy zmierzyć się z przygnębiającą pamiątką po ostatnim halnym.

 

Drzewa rozrzucone jak zapałki wprawiały w przerażenie i nie zapowiadały tego, czym mogliśmy się cieszyć po godzinie wędrówki w stronę Doliny Chochołowskiej.

 

Kilka minut przed Polaną zboczyliśmy z trasy, którą przetaczały się hordy turystów, i zatrzymaliśmy się na niewielkim wzniesieniu niemal w całości spowitym fioletowymi symbolami wiosny. Mogliśmy wreszcie rozłożyć sprzęt i zrealizować cel naszej jednodniowej podróży z Katowic.

 

Krzysiek, oprócz tego, że prowadzi codzienną audycję 8gatek (facebook.com/8gatek ), postanowił stworzyć cykl filmów 8kawek, których każdy odcinek nagrywany jest w innym miejscu w Polsce, a w nich możemy nauczyć się robić różne rodzaje kawy. Tym razem padło na latte macchiato wśród podhalańskich krokusów.

 

Kawa w takim miejscu smakuje zupełnie inaczej, czas też nie płynie standardowym tempem. Wszystko zwalnia, jesteś Ty, dużo słońca i wspaniała kawa ukoronowana spienionym mlekiem. Uważam, że w drodze do schroniska na sławnej Chochołowskiej nie mogła mi się trafić lepsza przygoda niż ta z chwilą rozkoszowania się kawą wśród fioletowych widoków.

 

DSC_1817 DSC_1840

 

To niesamowite, że od nasączonej deszczem ziemi przemakają Ci kolana, łokcie, buty, a Ty przestajesz molestować spust migawki nie ze względu na dyskomfort, ale wtedy, gdy chcesz znów na chwilę zaczerpnąć powietrza oczyszczonego z trudów codzienności.

 

Krokusy to nie kwiaty, są uprzedmiotowieniem ulgi. Nie zarumienią się nawet, gdy opowiesz im frasobliwą historię swojego życia. W fiolecie swoich głów zostaną powiernikami czego tylko zechcesz, z czymkolwiek do nich przyjeżdżasz.

 

DSC_1810

 

Nie chodzi o to, by ufać, że te kwiaty mogą zmienić jakiś sens, czy zaplanowany dawno scenariusz. Sęk w tym, żeby nauczyć się chwalić chwile, brać je pełnymi płucami. Nie odwzorowywać bez refleksji wystrojonej polany, lecz zaprzyjaźnić się z tym, co oferuje nam ta górska dolina – oderwanie się od codzienności, niewytłumaczalną moc naprawczą, regeneracyjną, czy przysięgę przechowania trudnych decyzji na odpowiedni czas, gdy nabierzemy odwagi.

 

Więc czy warto wyjść na spotkanie z krokusami? Odpowiadasz sobie.

Zakopianka, czyli kląć i płakać, czy dziękować?

Zwykły wpis

DSC_0284

Skoro mam Was zabrac w Tatry, to musimy tam najpierw zajechac.

Zielone światło, jedziemy.

Wybieramy stolicę? Oszukanych oscypków, ogromu komercji i bibelotów prosto z Chin, ale również stolicę tatrzańskiej myśli poetyckiej, najpiękniejszych panoram i aktywnego odpoczynku – Zakopane.

Wsiadamy do samochodów, pekaesów, na motory, czy łapiemy stopa, nieistotne, bo w rezultacie spotykamy się w tym samym miejsu – na Zakopiance. Mówi się, że ta droga, mimo iż powinna służyć do przemieszczania się pomiędzy Krakowem a Rabką Zdrój i odwrotnie, jest jedynie ciągnącym się przez stodwa kilometry parkingiem.

Co racja to racja, mimo iż owa droga nie należy do najszybszych, mimo iż nie pokonuje się jej płynnie i bezboleśnie, to przecież dzięki niej możemy niespiesznie wyciągnąc aparat i przez okno, czy szyberdach zrobic fantastyczne fotografie gór i podgórskich miasteczek z całkiem nienajgorszych miejsc widokowych, które zagościły na naszych tylnych, bądź jak kto woli, przednich siedzeniach.

DSC_2884 1 (1)DSC_2863

Narzekają Krakusi, bo przecież mają tak blisko, a jadą tak długo, Warszawiacy, bo jadą tak długo i jeszcze korki się nie zlitują, a ja na przekór mówię „dobrze!”. I nie bez pokrycia, bo przecież gdyby Zakopianka została zmodernizowana, to wraz z komfortem miejscowych i przyjezdnych, roztoczyła by się pod Tatrami jeszcze większa plaga turystów, a co gorsza, ktoś nietakwspaniałomyślnie wpadłby na pomysł, aby urządzic pod Giewontem jakieś mistrzostwa kraju, ewentualnie na skalę europejską. Kozice, świstaki, niedźwiedzie – nawet dla nich znalazłoby się miejsce na kursie perswadowania urlopowiczom mądrych zakupów, wsuwając w dłonie niepotrzebne, acz kosztowne pamiątki, które niekoniecznie będą cokolwiek pamiętały.

Czasami sobie myślę, że Zakopianka to nie droga, to przygoda.

Przemierzałam ją nie raz z przeładowanym górskim plecakiem, kumplami z namiotem pod pachą, swoim samochodem, czy też jako małolata pełna stresu, wsadzona do starego pseudobusa w Katowicach z zapewnioną wysiadką na zakichanym do dziś dworcu autobusowym pod samym Giewontem.

Po raz kolejny nieistotne czym, ani z kim, bo samo dotarcie na miejsce było już wyzwaniem, było nie tyle dojazdem co wyprawą, bo choc ze Śląska to średnio około trzech godzin, to przecież na każdym zakręcie może spotkac nas prawiegórska niespodzianka, o której opowiadac będziemy już zawsze, zawsze. Warto byc czujnym na to co oferuje nam podróż w góry, by nie przeoczyc świeżego soku pomarańczowego na stacji paliw w Myślenicach, historii życia przydróżnych mieszkańców zakopiańskiej trasy, czy pogody, choc w tych rejonach często deszczowej, którą można wykorzystac do urozmaicenia czasu spędzanego pod blaszanym dachem środka lokomocji, czekając w kolejce po miasto kwaśnicy i ludzi z niezamykanymi na klucz domami.

Dlatego i nie tylko dlatego, moje zakopiańskie odpoczynki zaczynam z momentem wyjścia z domu o wrzuconym w serce celu „na południe” i ruszam w dół mapy, jak to robię od czasów, kiedy jeszcze w zupełnej ciemności narzekałam na Zakopiankę prosto z brzucha Mamy.