Tag Archives: Tatry

Powroty na szlak

Zwykły wpis

Cześć,

dajmy sobie po razie i zacznijmy od nowa!

Ile razy można wracać?

Dwatysiącepiętnasty zaczął się dla mnie jak każdy, ze względu na osobiste porachunki ze styczniem. Ten miesiąc co roku wywołuje u mnie dreszcze, przywołuje wspomnienia zimniejsze niż sople zwisające głowami w dół z przyozdobionych puchowymi czapami budynków. Dwatysiącepiętnasty zaczął się dla mnie jak liceum – nowi ludzie, kilka przerw, jakiś sprawdzian i bach matura. Tym razem to samo. Dopiero co odetchnęłam z ulgą, że zaczyna się luty, a tu już majówka, co oznacza, że niedługo półmetek. Kilkadziesiąt dni dzieli mnie od zaczkończenia pierwszej połowy roku Witkiewiczów, a ja od listopada nie byłam u siebie. Ciekawe czy mogę jeszcze wrócić w Tatry? Ciekawe czy umiem znowu wrócić do pisania?

Fioletowe dywany z dołu mapy

Pomyślałam, że nie ma na co czekać, że krok naprzód zrobię tylko po oscypku i zaczepkach halnego. Cóż, tankuje do pełna bak, walizkę i może kumpel Giewont zalśni zbroją tak, że oślepi moje oczy, a natchnie pióro. Nie tym razem. Niestety z ratunkiem może przyjść do mnie tylko rodzicielka kładąc przy łóżku oszukane „góralskie” ciasteczka i herbate, zupełnie bez prądu. Moje miejsce w kolejce do Zakopanego zajmują bowiem roztrąbieni wśród świerków przy Zakopiance, amatorzy Doliny Chochołowskiej wiosenną porą. Przecież urodzaj krokusów co roku zwabia niewinnych deptaczy tego fioletowego dzwoneczka pod ochroną w tatrzańskie progi. Skutecznie odciągając mnie stamtąd.

Zaczekam

Chociaż moja ukochana, leżąca u stóp cudownych szczytów kraina rzadko bywa opustoszała, to wolę przeboleć w mieście murów i czerwonej cegły jeszcze kilka dni, by nie przepychać się przez tłumy turystów, by zajrzeć Tatrom w oczy. Posiedzę jeszcze chwilę w dolinach i spróbuję nakręcić się jak kukułkę, trzy obroty w prawo, kilka zdjęć, zakurzone podhalańskie książki, obrót w lewo, przypomną się zapachy i skały pod grubą podeszwą.

Zakukam jak o dwunastej poczuje ciarki na plecach, że to już moment, w którym zaczęły pulsować góralskie krwinki.

Reklamy

Kawa pod tatrzańskim niebem

Zwykły wpis

Czy w Zakopanem da się odpocząć, zregenerować umysł i siły fizyczne nie zakładając górskich butów i nie wychodząc z plecakiem na szlak? Tak!

W dodatku nie trzeba nawet opuszczać ścisłego centrum miasta, ponieważ przysłowiowe dwa kroki od krupówkowego deptaka, możemy zachwycać się wspaniałą panoramą, wygrzewając się jednocześnie na leżakach niemal pod samym podhalańskim niebem. Gdzie? W miejscu, w którym doznamy wyjątkowych chwil dzięki rozkosznej kawie przygotowywanej z pasją.

P_20140420_160517 P_20140420_161503

Odkryłam to miejsce już dawno i jak to bywa w najlepszych historiach – zupełnie przez przypadek. : )

Cafe Tygodnik Podhalański – miejsce, gdzie w upalny dzień uśmiechnięta obsługa uraczy nas kawą mrożoną z lodami waniliowymi, lub kolorowym coctailem, a w deszczowe popołudnie dostaniemy na gorąco co tylko nam się zamarzy – sypaną herbatę, czekoladę z miętą, bądź innym syropem i wiele innych smaków zachwycających podniebienie.

Do dyspozycji gości są leżaki i koce, oraz stworzony specjalnie dla dzieci pokój z zabawkami. W dodatku we wnętrzu lokalu można podziwiać najciekawsze kadry reporterów Tygodnika Podhalańskiego.

IMG_20140420_174758 P_20140420_161511

 

Z tarasu ostatniego piętra domu handlowego Granit znajdującego się przy ulicy Kościuszki 3 rozpościera się widok na Tatry, który możemy stamtąd podziwiać odpoczywając w towarzystwie, bądź samotnie z ulubioną gazetą, czy otuleni kocem, oddając się na chwilę relaksacyjnym melodiom z kawiarnianych głośników.

a 10155599_718590874860005_6663277937698790395_n

 

 

Jeśli jeszcze tam nie byliście czas to zmienić, bo to jedno z tych miejsc, które trzeba umieścić w swoim planie odwiedzin tatrzańskiej stolicy. Nie ma tutaj tłumów, więc słychać własne myśli, a przy okazji stają się one jakby spokojniejsze i bardziej przejrzyste. To miejsce daje inspirację i dobry humor na każdy nowy dzień.

AD. Ostatnie zdjęcie pochodzi z fanpage CTP

Tatrzańśka tęsknota

Zwykły wpis

„Tęsknota – uczucie braku czegoś, lub kogoś istotnego dla danej osoby. Często pojawia się przy tym odczuwanie niepokoju, smutku i zamyślenia.”

Czy encyklopedia wie czym jest tęsknota? Człowiek wie i na szczęście odpuszcza sobie teorię.

Nie słyszałam nigdy, aby ktoś mówił, że lubi tęsknić. Zawsze są to tylko frustracje i narzekanie na skutki uboczne rozpoznanego uczucia.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – dlatego przesiądźmy się.

Gdy brakuje mi ukochanego miejsca, uciekam stąd. Spuszczam powieki, a wyobraźnia zawozi mnie do Zakopanego. Tam, gdzie pachnie miodem. Galopuję po białym pierzu – to jest tęsknota.

fot. podgiewontem

Kocham tęsknić, przypominać sobie nie tak dawną historię górala, który z miłości do kobiety wyemigrował na Śląsk, tak zupełnie inny od Podhala.

Trzy nastolatki, z namiotem i śpiworami na plecach, wsiadły pewnego lipcowego dnia do pociągu, zastanawiając się jeszcze czy jechać nad morze, czy w góry. Wybrały Zakopane i już na dworcu kolejowym zakochały się w przestrzeni, która je otaczała i w klimacie, którego Śląsk mógł temu miejscu, tylko pozazdrościć. Poznały tam przyjaciół, przeżyły niesamowite przygody i tak zaczęła się historia o moich rodzicach.

Moja mama była jedną z tych młodych dziewczyn, które bezgranicznie pokochały Tatry, a później jak się okazało nie tylko je. Na którymś z kolejnych wyjazdów poznała mojego tatę i po czasie zakochali się w sobie, mimo odległości, która ich dzieliła. Tato szalał za swoją kobietą do tego stopnia, że kiedyś zjawił się pod jej domem tylko po to, by ją na chwilę zobaczyć. Później stało się to normą – aż pewnego dnia został na stałe. Tęsknił za swoją małą ojczyzną, bo każdego dnia próbował wzbudzić w mamie chęć życia w Zakopanem, snuł marzenia budowy maleńkiego domku z drewnianych bali. Kiedy tylko nadarzyła się do tego okazja, zabierał swoją ukochaną „do siebie”.

Gdy urodziłam się ja, od najmłodszych lat wpajał mi góralskie mądrości życiowe, uczył gwary i pamiętam jak dziś, że mimo iż zawsze miałam go za twardego górala, za każdym razem płakał, kiedy słyszał: „góralu, czy ci nie żal, odchodzić od stron ojczystych, świerkowych lasów i hal, i tych potoków srebrzystych?”.

Było mu żal – to jasne! W swoich miłościach miał te trzy najważniejsze: nas, góry, konie i z jednej z nich na rzecz innej musiał częściowo zrezygnować. Zrobił to i to spowodowało jego tęsknotę. Jestem mu za to wdzięczna, bo kto wie, czy gdybym miała Zakopane na wyciągnięcie ręki, to potrafiłabym je tak mocno pokochać. Jestem pewna, że tęsknota wzmaga miłość.

De Mono śpiewa „(…) ludzie muszą tęsknić, by noc nie była sama”, a ja śpiewam o mgle w kubku herbaty, bo w niej widzę góry i jestem wtedy radością.

Nie wyklucza to jednak tezy cierpienia. Tęsknię, to znaczy nie ma mnie, nie żyję, a ludzie boją się śmierci. Niektóre religie wyznają wiarę w życie wieczne, aczkolwiek nikt tego nie udowodnił. Umieramy i nie mamy już wpływu na życie toczące się na kuli ziemskiej.

Gdy nie żyję, to też tęsknię?

Kilkanaście lat temu, kiedy byłam mała, po góralskim domu dziadków niosła się melodia ze zdartej już wtedy kasety, a babcia nuciła pod nosem słowa o tym, że „(…)kto umie tęsknić, ma bogatsze sny(…)”. Dlatego codziennie prosiłam Boga, by pozwolił mi za czymś bardzo mocno tęsknić. Nie pluję sobie w brodę, bo chyba jestem szczęśliwa. Mimo że tym, czego najbardziej pragnę jest miejsce, które wtedy wydawało mi się, że miałam na wyłączność. Ale „treścią mojej duszy jest tęsknota”, jak mawiał Kazimierz Przerwa-Tetmajer i trudno byłoby bez niej żyć.

Do niedawna nie wiedziałam, że przychodzi kiedyś coś gorszego, nie wiedziałam, że istnieje wyższy poziom tęsknoty, ten niezdefiniowany.

Gdy tęsknię włączam góralską muzykę, zasłaniam żaluzje, wyciągam z szafy sweter w regionalne wzory, do którego tulę się i na jak najdłużej wyruszam w pozawerbalną podróż w góry.

Są dni, gdy to nie pomaga, lecz zawsze byłam pewna, że szczytem mojego utęsknienia jest dwuminutowe pakowanie walizki, opróżnienie skarbonki (tej na „czarną godzinę”) i bieg w stronę dworca, bez sprawdzenia godziny odjazdu pożądanego PKS’u.

Bez względu na konsekwencję, na szkołę, czy zakazy bliskich – „poproszę bilet ulgowy do Zakopca”.

Gdy muszę, już nie ma na to rady. I wtedy jest mój czas, moje wędrówki, głębokie oddechy, kwaśnica i przemyślenia.

Wracam gdy się uspokoję, odpocznę,  lub po prostu, kiedy skończą się fundusze.

O ile z tęsknotą można żyć, można się przyzwyczaić, nawet odrobinę polubić tą spontaniczność, to uczucie, które aktualnie poznaje jest nie do zniesienia. Siedzę w domu jak w pudełku, którego wcale nie mam ochoty opuścić.

Siedzę. Siedzę i chyba nawet nie myślę,  nie funkcjonuję.

W mojej głowie mozolnym tempem przesuwają się slajdy złapanych kliszą źrenicy cudownych miejsc i chwil zbieranych do sakiewki wspomnień przez cały rok. Resztę czasu zabierają mi;  kamera online Zakopane, teledyski Goorala, Zakopower, Siklawy, wiersze Tetmajera, Tischnera i ścieranie kurzu ze starych zakopiańskich fotografii.

Trudno się od tego uwolnić, trudno to nawet nazwać. Nie można mówić „depresja”, trzeba nazwać to uczucie miłością, prawdziwą i nieśmiertelną. Należy wskrzeszać nadzieję, dać sobie czas.

Mam nadzieję, że moja recepta jest skuteczna, iż jeszcze będę się cieszyła, że było mi tak źle, bo to spotęguje moją radość, kiedy moim oczom ukaże się czarny napis na tablicy o zielonym tle, poczuję wiatr prosto z ust Boga i usłyszę pierwsze góralskie słowo „witojcie”.

Kawa w Chochołowskiej

Zwykły wpis

Podhale ma to do siebie, że zachwyca nie tylko majestatem szczytów – pośród wielu jest tam jeszcze miejsce, takie jak Polana Chochołowska.

DSC_1851

Wydawać by się mogło, że należy podziwiać tam panoramę, mrożące dłonie potoki i drewniane chaty o bacowskim klimacie – nic bardziej mylnego.

 

Gdy wiosna daje o sobie znać w kalendarzu, Chochołowską zalewa ocean krokusów. Oaza fioletowych rodzin pod stopami Tatr często zwycięża nawet nie tak lekką pierzynę pozostałości po zimie.

 

Krokusami kieruje obietnica corocznej obecności, natomiast co kieruje turystami uzbrojonymi po zęby w fotograficzny sprzęt? Czyżby pragnienie zatrzymania liliowej magii na dłużej niż kilka tygodni w swoich domach, myślach, kliszach?

 

DSC_1864 DSC_1862DSC_1861 DSC_1844 DSC_1884

 

Ja również, ( mimo iż nie po raz pierwszy) wybrałam się z aparatem do dzielnicy fioletowych kwiatów, by sprawdzić czy słusznie nadal warto.

 

Cisza na Zakopiance wpędziła mnie w lekki niepokój „czy to aby na pewno możliwe, żeby w sobotę, pod koniec marca ta droga nie zwiastowała rzeszy krokusowych fotoreporterów?”.

 

Wszelkie obawy zostały rozwiane w Poroninie, który powolnym tempem minęliśmy, by przywitać Tatry.

 

Po tym jak uśmiechem pozdrowiłam góry, w towarzystwie Krzyśka, niedoszłego studenta łódzkiej filmówki, a jednocześnie świetnego fotografa i dobrego kumpla, ruszyłam w stronę Polany Chochołowskiej.

Przy wejściu do Tatrzańskiego Parku Narodowego, zanim dane nam było dostrzec choć jednego krokusa, musieliśmy zmierzyć się z przygnębiającą pamiątką po ostatnim halnym.

 

Drzewa rozrzucone jak zapałki wprawiały w przerażenie i nie zapowiadały tego, czym mogliśmy się cieszyć po godzinie wędrówki w stronę Doliny Chochołowskiej.

 

Kilka minut przed Polaną zboczyliśmy z trasy, którą przetaczały się hordy turystów, i zatrzymaliśmy się na niewielkim wzniesieniu niemal w całości spowitym fioletowymi symbolami wiosny. Mogliśmy wreszcie rozłożyć sprzęt i zrealizować cel naszej jednodniowej podróży z Katowic.

 

Krzysiek, oprócz tego, że prowadzi codzienną audycję 8gatek (facebook.com/8gatek ), postanowił stworzyć cykl filmów 8kawek, których każdy odcinek nagrywany jest w innym miejscu w Polsce, a w nich możemy nauczyć się robić różne rodzaje kawy. Tym razem padło na latte macchiato wśród podhalańskich krokusów.

 

Kawa w takim miejscu smakuje zupełnie inaczej, czas też nie płynie standardowym tempem. Wszystko zwalnia, jesteś Ty, dużo słońca i wspaniała kawa ukoronowana spienionym mlekiem. Uważam, że w drodze do schroniska na sławnej Chochołowskiej nie mogła mi się trafić lepsza przygoda niż ta z chwilą rozkoszowania się kawą wśród fioletowych widoków.

 

DSC_1817 DSC_1840

 

To niesamowite, że od nasączonej deszczem ziemi przemakają Ci kolana, łokcie, buty, a Ty przestajesz molestować spust migawki nie ze względu na dyskomfort, ale wtedy, gdy chcesz znów na chwilę zaczerpnąć powietrza oczyszczonego z trudów codzienności.

 

Krokusy to nie kwiaty, są uprzedmiotowieniem ulgi. Nie zarumienią się nawet, gdy opowiesz im frasobliwą historię swojego życia. W fiolecie swoich głów zostaną powiernikami czego tylko zechcesz, z czymkolwiek do nich przyjeżdżasz.

 

DSC_1810

 

Nie chodzi o to, by ufać, że te kwiaty mogą zmienić jakiś sens, czy zaplanowany dawno scenariusz. Sęk w tym, żeby nauczyć się chwalić chwile, brać je pełnymi płucami. Nie odwzorowywać bez refleksji wystrojonej polany, lecz zaprzyjaźnić się z tym, co oferuje nam ta górska dolina – oderwanie się od codzienności, niewytłumaczalną moc naprawczą, regeneracyjną, czy przysięgę przechowania trudnych decyzji na odpowiedni czas, gdy nabierzemy odwagi.

 

Więc czy warto wyjść na spotkanie z krokusami? Odpowiadasz sobie.

O Tatrach i TOPR z Eweliną Zwijacz-Kozicą czyli poznaj Zakopianki

Zwykły wpis

W ramach swojej działalności dla ukochanego ZakopanePortal.pl przeprowadziłam wywiad ze wspaniałą kobietą. Pozwolę sobie podzielić się nim z Wami także tu, u mnie nieco prywatniej, w moim folkowym świecie, w którym ta taterniczka również zostawiła swój mały ślad. Zapraszam.

 

Wiesz co się dzieje, gdy zamiast marzyć zarzucasz na plecy armię nowych wyzwań, obowiązków, wymagań i ruszasz w drogę?
Stajesz się wtedy tym, kim inni tylko pragną być – spełnionym człowiekiem.

Kobieta, która nie zastanawiała się jak żyć by czuć się dobrze, lecz zwyczajnie zaczęła robić to, co kocha najprawdziwiej i trwale. Ewelina Zwijacz-Kozica, czyli góralka, która rzuciła świat prowadzący nudną ścieżką monotonii i zamieniła go na ten, który daje jej radość na szlaku i poza nim, a przy okazji przełamała bariery sugerujące, że Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe nie jest miejscem dla kobiet.

Dla ZakopanePortal.pl Pani Ewelina na każde pytanie odpowiada z pasją, zaangażowaniem i pełną świadomością.

ZakopanePortal.pl: Od ponad trzydziestu lat w szeregach TOPR nie było kobiety, więc wydawać by się mogło, że droga jaką musiała przejść kandydatka na ratowniczkę musiała być ciężka ze względu na ogrom pojawiających się stereotypów. Czy to prawda?

Ewelina Zwijacz-Kozica: Składając papiery do TOPR w ogóle nie myślałam o tym, że przełamuję jakieś stereotypy. Kierowałam się tym, że chcę zostać ratowniczką i tak jak moi koledzy – pomagać ludziom w górach. Tak jest do dziś. Staram się w ogóle nie brać pod uwagę tego, co mówią inni i jakie argumenty podają „przeciw”. Wiem jaka jestem i na co mnie stać, a to jest dla mnie najważniejsze. Staram się nie osiadać na laurach, szkolę się, sporo trenuję żeby być jak najmocniejsza i w dobrej formie i to jest dla mnie priorytet w działaniu. Gadanie innych mnie nigdy nie zniechęcało, wręcz przeciwnie.. Poza tym jak nie spróbujesz to się nie przekonasz, ja spróbowałam i.. okazało się że daję radę.

ZP: Czy może Pani opowiedzieć o jakiejś trudnej i niebezpiecznej akcji,  w której brała Pani udział?

EZ-K: Najtrudniejsze i najniebezpieczniejsze są wypadki lawinowe i właśnie taka wyprawa najbardziej wbiła mi się w pamięć, gdyż po pierwsze była to moja pierwsza wyprawa, w której brałam udział, a po drugie bezpośrednio przy zdarzeniu był mój ojciec, który jednej z zasypanych osób uratował życie. Nie wiedziałam gdzie jest i czy jest bezpieczny.. dużo emocji. Drugą taką wyprawą była ostatnia wyprawa poszukiwawcza młodego chłopca z Zakopanego, który niestety w bardzo młodym wieku stracił życie..

ZP: Czy spodziewała się Pani takiego szumu medialnego, który wytworzył się wokół Pani osoby, gdy zaczęła się Pani ubiegać się o przyjęcie do TOPR?

EZ-K: Byłam bardzo zaskoczona i choć podejrzewałam, że ten fakt spotka się z jakimś zainteresowaniem, to wszystko co się wydarzyło przerosło moje najśmielsze wyobrażenia.

Obrazek

 

ZP:  Czy pojawiła się w Pani karierze chociaż chwila zwątpienia w swoje siły i przeświadczenie, że praca w TOPR jest ponad Pani możliwości?

EZ-K: Nie. Decydując się na złożenie papierów do TOPR wiedziałam jaki to jest rodzaj działalności oraz jakie wymagania stawiane są ratownikowi. W momencie kiedy zdecydowałam się to zrobić uznałam, że moje umiejętności i siła fizyczna jest na tyle dobra, że mogę spróbować. Oczywiście aby się przekonać czy dana osoba nadaje się do tego żeby zostać ratownikiem służy staż kandydacki. Jeśli na nim doszłabym do wniosku, że się nie nadaję, że ratownictwo jest dla mnie zbyt ciężkie – odpuściłabym. Ale tak się nie okazało.

ZP: Co osobiście daje Pani praca w Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym?

EZ-K: Olbrzymią satysfakcję jak uda się komuś pomóc. Przynależność do stowarzyszenia jakim jest TOPR jest dla mnie wyróżnieniem. Poza tym dzięki temu, że jestem ratowniczką i mam możliwość uczestniczyć w rozmaitych szkoleniach, mogę sama (jak i moi klienci) czuć się znacznie bezpieczniej w górach.

ZP: Droga w górach nie staje się łagodniejsza, gdy zmierza nią kobieta.  Skąd więc w Pani tyle zawzięcia i determinacji, by mimo fizycznej przewagi mężczyzn działać w tym kierunku i iść z nimi ramię w ramię?

EZ-K: Nie wiem Prawdę mówiąc w ogóle o tym nie myślałam, stało się i tyle. Chodzę po górach od dłuższego czasu, są one tym, co w życiu uwielbiam najbardziej. Pracując tyle lat w TOPR w administracji, przebywając wśród ratowników, w pewnym momencie mojego życia stwierdziłam, że też bym chciała zostać ratowniczką.. Nie zastanawiałam się wówczas nad tym czy jestem silniejsza czy słabsza fizycznie od mężczyzn. Po prostu chciałam być ratowniczką i tak jak moi koledzy, pomagać ludziom w górach. Szum medialny i nie tylko, jaki zrobił się w pewnym momencie wokół mojej osoby oraz nieustanne doszukiwanie się argumentów przeciwko którym kobieta nie może zostać ratowniczką spowodowało, że zaczęłam o tym myśleć. Na szczęście tak jak sobie założyłam – dałam radę. Oczywiście pomogła mi moja zawziętość i determinacja, włożyłam w to mnóstwo pracy, ale było warto. Poza tym dzięki temu czuję się coraz lepiej wyszkolona, dzięki czemu mogę poza działalnością ratowniczą bezpiecznie prowadzić ludzi w góry.

ZP: Działa Pani na tak wielu płaszczyznach, bo obok pracy robi też Pani mnóstwo innych rzeczy, co więc skłoniło Panią do prowadzenia działalności przewodnickiej, o której możemy poczytać na Zakopianki.pl?

EZ-K: Fakt, działam na wielu płaszczyznach, ale wszystkie są ukierunkowane na góry. Zrezygnowałam w styczniu z pracy biurowej w TOPR gdyż postanowiłam podporządkować swoje życie górom, z których czerpię masę radości i które dają mi poczucie wolności oraz tym wszystkim dzielić się z osobami, które mają ochotę spróbować swoich sił w Tatrach, dać im energię do życia w dniu codziennym, bo góry właśnie taką energię dają.

ZP: Czy może Pani opowiedzieć coś więcej o Zakopianki Sport & Folk?

EZ-K: Ideą powstania tej inicjatywy było pokazanie turystom Tatr i miasta, które osobiście kocham z zupełnie innej strony niż ta promowana na Krupówkach. Chciałam pokazać Zakopane ze swojej perspektywy, wolnej od zatłoczonych dolin i wszechobecnych bibelotów sprzedawanych w centrum miasta. Prawdziwe Zakopane i prawdziwa góralszczyzna obecnie nie znajduje się na Krupówkach. Chciałam, aby turyści zobaczyli nasz region i zrozumieli, że mamy coś więcej. Ponadto ludzie, którzy przyjeżdżają w Tatry są często zupełnie nieprzygotowani, większość z nich nie ma pojęcia ani wiedzy o tym, jak wyglądają góry i że poza tym że są piękne, niosą za sobą także niebezpieczeństwa. Chce także pokazać innym, że Tatry dają ogromne możliwości i każdy znajdzie w nich coś dla siebie, bez względu na to czy jest się początkującym czy zaawansowanym turystą, bez względu na to czy chce się zdobywać wysokie szczyty czy też podziwiać tatrzańską przyrodę.

Obrazek

ZP: Czy to, że Zakopianki Sport & Folk tworzą dwie młode kobiety ma jakiś wpływ na to jacy klienci korzystają z usług przewodnickich – a konkretnie czy mężczyźni nie boją się uczyć gór i narciarstwa od kobiet?

EZ-K: Nie, nie ma to żadnego wpływu. Choć oczywiście po tym, jak udało mi się dostać w szeregi TOPR więcej kobiet czerpie z mojego sukcesu aspiracje dla siebie i to jest super. Nagle stałam się motywacją do działania wielu kobiet. Jestem tym zaskoczona, nie sądziłam że tak się stanie, że będę czyjąś inspiracją. Chętnie motywuje kobiety do tego żeby nie bały się rozwijać i aby realizowały swoje cele.

Mężczyźni, póki co także nie mają problemu z tym, aby kobieta wyprowadzała ich na jakiś szczyt. Wydaję mi się, że to żadna różnica jeżeli posiada się umiejętności. – pointuje uśmiechem.

ZP: Zdradzi Pani jak reagują turyści, gdy z pomocą przychodzi kobieta ratowniczka, a nie mężczyzna?

EZ-K: Oczywiście nasłuchałam się wielu różnych, przeróżnych opinii o tym, że kobieta jest za słaba żeby znosić ciężką osobę z gór i że woleliby silnego mężczyznę, ale póki co daję sobie radę i sądzę, że jeszcze długi czas tak pozostanie.

ZP: Czy ma Pani w swoim bagażu zawodowych doświadczeń taką chwilę, którą wspomina Pani najcieplej?

EZ-K: Pewnie. Ostatni rok jest dla mnie rokiem sukcesów zawodowych. Udało mi się zdać egzamin przewodnicki, który jest niezwykle trudny – było to dla mnie bardzo ważne. Udało mi się też z powodzeniem ukończyć kurs instruktora wspinania sportowego, a także oczywiście zdałam wszystkie egzaminy, ukończyłam staż kandydacki i jesienią zeszłego roku zostałam ratownikiem TOPR .To wszystko otworzyło mi drogę do nowego etapu, założenia Zakopianek i życia z tego co sprawia mi największą radość – GÓR!

ZP: Dziękujemy za rozmowę i podzielenie się z nami pasją i miłością do Tatr.

ezktatry

Z takimi ratownikami i przewodnikami jak Ewelina Zwijacz-Kozica nie sposób bać się gór! Z pewnością wielu z Was chciałoby poznać Panią Ewelinę, choć niekoniecznie podczas akcji ratunkowej, a w innych okolicznościach – jest to możliwe!

Każdy z Was może wybrać się z Zakopiankami na tatrzańskie szlaki. W ofercie zimowej można znaleźć górskie wycieczki zimowe z przewodnikiem, przemierzanie szlaków, które o tej porze roku nabierają szczególnego uroku, kursy turystyki zimowej, podczas których można nabrać umiejętności bezpiecznego poruszania się po górach zimą oraz posługiwania się sprzętem niezbędnym w czasie zimowych wypraw. Dla miłośników nart Zakopianki, czyli Pani Ewelina i Kasia Ślimak („najszybszy Ślimak na stoku”), również mają coś zachęcającego w swojej ofercie: ski touring i ski alpinizm, naukę jazdy na nartach pod okiem doświadczonych góralek, które od lat śmigają po stokach i chętnie zabiorą Was na górską wycieczkę na nartach.

Latem natomiast można wraz z Zakopiankami wybrać się zarówno na najwyższe szczyty tatrzańskie, jak i odbyć spacery po dolinach, a dla osób zainteresowanych większymi wyzwaniami godną uwagi propozycją będzie wspinaczka wysokogórska czy kursy wspinaczkowe dla osób początkujących.

To nie wszystkie propozycje, z których można skorzystać. Oferta kierowana jest do osób indywidualnych, ale również grup szkolnych i zorganizowanych, dlatego naszym zdaniem każdy znajdzie coś dla siebie, ponieważ cel i przebieg wycieczek dopasowywany jest do indywidualnych potrzeb i możliwości. Można liczyć też na pomoc w doborze i wypożyczeniu niezbędnego sprzętu.

Po więcej informacji zapraszamy na Zakopianki.pl i trzymamy kciuki za Waszą górską przygodę z kobietami, którym można pozazdrościć zawzięcia i charyzmy w sprawach tatrzańskich i nie tylko.

Nie do końca recenzja, czyli „Zakopane odkopane” moim okiem

Zwykły wpis

Wracam z centrum miasta, zatłoczony katowicki autobus daje się we znaki ściskiem, dzięki któremu nie muszę nawet trzymac się uchwytu, bo nie jestem w stanie się przewrócic. Czuję, że w kurtce wibruje mój niedotykowy dorobek, więc z niedającej mi życ ciekawości dopuszczam się niebywale trudnego w tych warunkach zadania – odebrania sms’a.

Odnoszę sukces praktycznie przed samym otwarciem się drzwi na końcowym dla mojej podróży przystanku, klikam „oczytaj” i nie wiem czy przez powietrze którego nareszcie udało mi się dostąpic, czy przez intrygujące „znalazłam książkę o nas!”, robie się weselsza i lżejsza o kilka -przynajmniej w moim przypadku zbędnych – kilogramów.

Moja górska przyjaciółka poinformowała mnie w tamtym momencie o tym, że ktoś podobno napisał książkę o nas i mimo iż wtedy nie wiedziałam jeszcze o co chodzi, uwierzyłam, że to będzie dobry weekend. Nie myliłam się.

Nie myliła się też Jagoda, bo historia, którą serwują czytelnikom autorki „lekko gorszącej opowieści góralsko – ceperskiej” ma swoje istotne źródło w ich życiu prywatnym, czego dowodzi spisana na kartach książki przyjaźń dziennikarek, losy dwóch kobiet, które poznają się pod Tatrami, zakochują się w tym miejscu i stają się sobie bliskie. Czyli zupełnie jak my – dowiedziałyśmy się co nam w sercach zalega na tle krajobrazu gór, tam też zjednałyśmy się poczuciem humoru, poglądami, a przede wszystkim marzeniami. Jedna z nas – zupełnie jak w książce – jest ceperką, druga zaś -góralką i mimo, iż nie mamy córek, które trzeba odprowadzac wspólnie do przedszkola, to tę książkę czytałyśmy jednym tchem, z ogromnym niedowierzaniem, że oto naszą historię kiedyś już ktoś wyprzedził.

Gdy książka działających tym razem w tandemie Pauliny Młynarskiej i Beaty Sabały-Zielińskiej w końcu trafiła w moje ręce wieczór zwolnił. Po długiej kontemplacji nad okładką, oraz gdy już oswoiłam się z wagą i teksturą papieru, zaczęłam pochłaniac słowa wrzucone w to wydanie jakby wyłącznie dla mnie. Telefon nie stygł od moich ciągłych zachwytów sygnalizowanych Jagodzie, która była wtedy niejako sprawczynią tego ambarasu.

I owszem, książka, mimo iż po czasie mam do niej kilka uwag, stała się niejako biblią naszej przyjaźni. Jagna – nazywana tak przeze mnie przez naszego wtedy już wspólnego podhalańskiego bzika- dowiedziała się w jednej chwili z tych prawie trzystu stron tego, o czym opowiadałabym jej przez najbliższy rok i zakochała się w Tatrach jeszcze mocniej. Natomiast ja urozmaiciłam w istotne, czasem brakujące do pełnego rozumienia elementy opowieści moich góralskich towarzyszy, którzy przez lata mojego dzieciństwa budowali mi wrażliwośc i osobowośc z zakopiańskich prawd i ciekawostek.

Przypomniałam sobie jak pierwszy raz wdrapałam się do bacówki, a Tato kazał mi spróbowac „zyntycy”, a nie „żyntycy” (choc nie wiem która wersja jest właściwą). Wróciło też do mnie uczucie, które towarzyszy wszelkim spotkaniom z miejscami będącymi tak zwaną „kolebką historii regionu”. Wróciły do mnie smaki i zapachy, wróciły rozczarowania i tęsknoty. Jednym słowem – wszystko.

Ten tekst nie znajduje się tu po to, bym dzieliła się z Wami swoimi wspomnieniami, doświadczeniami, czy góralską duszą, której jestem nosicielką, lecz w tym celu byście udali się do sklepów, czy bibliotek i przyjęli na kilka chwil do swoich domów i dłoni ten niebywale radujący człowieka sygnał, że możemy wiedziec więcej o folklorze w kapeluszach z piórkiem, czy bez, o rycerzu śpiącym, bądź niezupełnie i o wielu innych, niekoniecznie zaskakujących i nowych dla nas faktach 🙂

Ze względu na to o czym opowiedziałam, oraz na to co przemilczałam – szczerze polecam tę publikację, nie tylko ceprom, by zasmakowali od kulisów góralskości w każdym wymiarze, ale i góralom, aby nauczyli się rozmawiac, zeby zrozumieli, ze tematów, ktore nadal dogłębnie ich dotykają i bolą, da się dotykac kulturalnie i bez wojen poglądów.

pwalkoszzakopaneodkopane

Witacka

Zwykły wpis

Na wstępie o autorce nie napiszę więcej, niż to, że zdecydowanie płynie w niej góralska krew, że zapuszcza włosy by nosić warkocz, i że nigdy nie nauczy się śpiewać pieśni ludowych, bo oprócz sztandarowego pisku, nie wydobywa z siebie żadnej frazy zgodnej z melodią, a że nie gra na skrzypcach – co zagłuszyłoby fałsz – pozostaje jej pisać.

Wierzę, że ten blog nauczy mnie systematyczności i nie będzie wcale odskocznią od rzeczywistości, bo moja rzeczywistość też lubi oscypki i akcentuje na pierwszą sylabę. Zabiorę Was tam, gdzie pachnie drewnem, a o góralach i tatrzańskim światku będę pisała dobrze i źle.

Na końcu, życzę sobie, aby podróże moich opuszków po klawiaturze zaskakiwały bardziej niż to, że Paula z góralskim nazwiskiem postanowiła zalać skrawek internetu folklorem spod samiućkich Tatr.

Hej!